Upokorzenie smakuje tak samo w ustach każdego człowieka.
Ten mężczyzna jest bardzo rozzłoszczony. Czuję, jak łomocze mi serce. Przed sobą widzę dwójkę małych, rozchichotanych dzieci, ściągających z półek paczki przypraw. Do alejki zagląda młoda kobieta w dżinsach i rzuca ostrym tonem: - Jackson! Misty! Odłóżcie to! Podskakuję. Wiem, że nie mówi do mnie, ale od tego tonu aż bolą mnie zęby. Jedno dziecko piszczy, a drugie woła „Nie!”. Młoda kobieta mija mnie biegiem, twarz wykrzywia jej złość. Słyszę krzyk dziecka. Nie odwracam się. Chcę powiedzieć: „Spokojnie, spokojnie, spokojnie”, ale to nie moja sprawa. Nie powinno się uciszać innych, jeśli nie jest się ich szefem albo rodzicem. Słyszę inne kobiece głosy besztające matkę dzieci i czym prędzej skręcam w poprzeczną alejkę. Serce bije mi jak szalone, szybciej i mocniej niż zazwyczaj. Ludzie przychodzą do takich sklepów, by usłyszeć ten hałas i zobaczyć innych ludzi, zagonionych, wściekłych i wyprowadzonych z równowagi. System zamówień online i dostaw zawiódł, ponieważ ludzie woleli przyjść do sklepu i zobaczyć innych ludzi, niż siedzieć w samotności i czekać na przesyłkę. Nie wszędzie. W niektórych miastach zamówienia online są bardzo popularne. Lecz tutaj… Okrążam umieszczony na środku stojak z winem i uświadamiam sobie, że minąłem odpowiednią alejkę. Rozglądam się uważnie dookoła i odwracam się. Zawsze idę do alejki z przyprawami, niezależnie od tego, czy ich potrzebuję, czy nie. Gdy nie ma tutaj tłumów — a dzisiaj nie ma — zatrzymuję się i wdycham aromaty. Wyczuwam leciutką woń przypraw i ziół pomimo zapachu wosku, płynu do czyszczenia i gumy do żucia stojącego w pobliżu dzieciaka. Cynamon, kminek, goździki, majeranek, gałka muszkatołowa… nawet nazwy są interesujące. Mama lubiła używać przypraw i ziół. Pozwalała mi je wąchać. Niektórych nie lubiłem, lecz większość pachniała dobrze. Dziś potrzebuję przyprawy chili. Nie muszę przystawać i rozglądać się; wiem, na której półce znajdę czerwono—białe pudełko. * * * Nagle oblewam się potem. Przede mną stoi Marjory. Nie dostrzega mnie, ponieważ działa teraz w trybie zakupów spożywczych. Otworzyła pojemnik z przyprawami. Którymi?, zastanawiam się, dopóki powiew powietrza nie przynosi mi nieomylnej woni goździków. Mojej ulubionej. Szybko odwracam głowę i staram się skupić na półce z barwnikami, kandyzowanymi owocami i dekoracjami do ciast. Nie rozumiem, dlaczego znajdują się w tej samej alejce co przyprawy i zioła, ale tak właśnie jest. Zauważy mnie? A jeśli tak, to czy się do mnie odezwie? A może ja powinienem powiedzieć coś do niej? Język urósł mi do rozmiarów cukini. Wyczuwam czyjąś bliskość. Ona czy ktoś inny? Gdybym naprawdę robił zakupy, nie obejrzałbym się. Nie chcę dekoracji do ciast ani kandyzowanych wiśni. - Cześć, Lou — mówi. — Pieczesz ciasto? Odwracam się, by na nią spojrzeć. Widuję ją jedynie u Toma i Lucii, czasem w samochodzie, kiedy jedzie na lotnisko albo z lotniska. Nigdy przedtem nie widziałem jej w tym sklepie. Nie bywa tutaj… albo nic o tym nie wiedziałem. - Ja… ja tylko oglądam — wyjaśniam. Trudno mi rozmawiać. Nienawidzę się tak pocić. - Ładne kolory — oznajmia tonem uprzejmego zainteresowania. Przynajmniej nie wyśmiała mnie na cały głos. — Lubisz ciasto owocowe? - N… nie — odpowiadam, przełykając wielką gulę w gardle. — Myślę… myślę, że kolory są ładniejsze od smaku. — Błąd; smaki nie są ładne ani brzydkie, ale za późno już na zmianę. Kiwa poważnie głową. - Też tak uważam — rzuca. — Jak byłam mała i dostałam do zjedzenia swój pierwszy kawałek ciasta owocowego, spodziewa łam się, że będzie smaczne, bo ładnie wyglądało. A jednak mi nie smakowało. - Czy… często robisz tutaj zakupy? — pytam. - Nie — odpowiada. — Idę do przyjaciółki. Poprosiła mnie, żebym po drodze kupiła jej parę rzeczy. — Patrzy na mnie, a ja z całą mocą uświadamiam sobie, z jakim trudem przychodzi mi mówienie. Nawet oddychać mi ciężej, a spływający po plecach pot sprawia, że czuję się oślizgły. — Zawsze tutaj kupujesz? —Tak. - To może mi pokażesz, gdzie znaleźć ryż i folię aluminiową— prosi. Czuję w głowie pustkę, zaraz sobie jednak przypominam. - Ryż znajduje się w trzeciej alejce pośrodku — mówię. — A folia w osiemnastej… - Och, proszę cię — przerywa mi radosnym głosem. — Po prostu mi pokaż. Mam wrażenie, że łażę po tym sklepie od kilku godzin. - Pokazać… Zaprowadzić cię? —Nagle czuję się głupio; oczywiście, że to właśnie miała na myśli